
Źródło: http://www.flickr.com/photos/extraketchup/408727666/
Słów kilka na początek...
Pośród wielu przedmiotów w szkole, tych mniej lub bardziej lubianych są chyba dwa najbardziej kontrowersyjne. Jeden ma dużo wspólnego ze słowem 'sutanna' a drugi to... informatyka. Poczciwa 'Infa' dumnie nazywana w szkolnych regulaminach i planach zajęć 'Nauką technologii informatycznej' często odbiega od podstawowych założeń. Jak jest z tą informatyką?
Nauka informatyki ma wybitnie dualistyczny charakter, podobnie jak WF i nauki przyrodnicze. O ile na np. Polskim wystarczy to co masz w głowie i książce, o tyle na informatyce ważny jest też sprzęt. Z tego powodu pozwolę sobie rozparzyć te składowe osobno...
Technologiczny oldschool
Informatyka ma charakter typowych zajęć praktycznych, czyli 'Patrz co robi nauczyciel i spróbuj powtarzać'. I byłoby wszystko jak w komedii romantycznej, gdyby nie to, że komputery będące na wyposażeniu wielu szkolnych pracowni to w oczach współczesnej informatyki kalkulatory... Celowo nie używam terminu 'liczydła', bo nie wierzę, że jest aż tak źle.
Wiem, wiem. Łatwo się mówi. Kupno 'dobrego' (pojęcie względne) sprzętu to niemały wydatek, gdyż cenę jednego zestawu musimy mnożyć przez ilość stanowisk. Do tego przydałby się jeszcze jakiś serwer, switch i inny sprzęt sieciowy, żeby komputery miały połączenie z Internetem. Kiedy to wszystko dodamy do kupy okazuje się, że koszt liczyć możemy w dziesiątkach tysięcy złotych a to juz nie są przelewki, większości szkół na to po prostu nie stać. Oczywiście, mogą liczyć na dotacje, programy pomocy, ale bądźmy szczerzy: to nie rozwiązuje problemu w skali kraju.
Nie wymagam, żeby komputery w szkolnych pracowniach mogły odpalać F.E.A.R. w pełnej szczegółowości i maksymalnej rozdzielczości bez zająknięcia, ale... na czymś trzeba pracować.
Nie mam pretensji do szkół, że komputery w pracowniach informatycznych są pełne sprzętu pokroju Rivy TNT i najtańszych płyt ECS'a. Rozumiem, że ciężko załatwić coś lepszego, ale to nie rozgrzesza nauczycieli informatyki w 100%. Argumenty w stylu 'te komputery są na to za słabe' nie załatwiają sprawy. Przecież sprzęt można dostać z drugiej ręki, można coś ulepszać, powoli dokupywać a nawet pokusić się o skromne OC (do tego akurat przydałby się lepszy sprzęt, więc ta opcja zazwyczaj odpada).
Nawet duże problemy ze sprzętem nie są nie do ominięcia. Jeżeli dany PC ma za małe możliwości by uruchamiać na nim np. program do edycji filmów, to trzeba szukać dalej, a nie poddawać się. W Sieci są różne ciekawe programy, o śmiesznych wymaganiach sprzętowych. Kto wie? Może, któryś z nich okaże się wart uwagi?
Pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Jeżeli na jakieś narzekania nauczyciel odpowie: 'Przykro mi, ale oprogramowanie też kosztuje i musieliśmy dobrać tańsze części' to będzie miał rację, połowiczną. Doceniam to, że przy kupnie sprzętu planowane są pieniądze na towarzyszący mu legalny soft, ale to nie oznacza, że trzeba kupować od razu wszystko. Tak na prawdę jedynym softem niezbędnym do pracy komputera jest system operacyjny. Cała reszta oprogramowania jest, albo zintegrowana z systemem, albo można ją za darmo ściągnąć z Sieci. Niestety, wielu nauczycieli zapomina, że istnieje coś takiego jak 'freeware'. Wiele komercyjnych programów ma swoje darmowe zamienniki, które działają tak samo dobrze (a może i nawet lepiej). A co byście powiedzieli na mały eksperyment z jakąś dystrybucją Linux'a? Przyznam, że chętnie bym się czegoś takiego nauczył (lub chociaż spróbował).
Informatyczna scholastyka
Oczywiście, sprzęt to dopiero połowa stanowiąca lekcję informatyki. Oprócz wyposażenia, potrzebny jest ktoś, kto nauczy ukochaną latorośl jak tych cudów (a czasem cudaków) techniki używać. Rzecz jasna mam tu na myśli nauczyciela, czyli kogoś, kto (jak sama nazwa wskazuje) ma edukować. Z tym może być problem jeszcze gorszy niż ze sprzętem. Dlaczego? Podzespoły komputerowe to rzeczy martwe, które można nabyć jeżeli tylko ma się na to pieniądze, zaś dobry nauczyciel to rzecz bezcenna i ta zasada tyczy się nie tylko informatyki ale edukacji i życia w ogóle.
Niestety, ale nie spotkałem jeszcze w życiu na nauczyciela informatyki, z prawdziwego zdarzenia. Owszem, trafiła się bodajże jedna osoba z dobrymi chęciami, ale doskonale wiemy, co jest nimi wybrukowane...
Czasami mam wrażenie, że dobrzy nauczyciele informatyki, albo nie istnieją, albo są wszędzie tylko nie w szkołach. Może ktoś, kto by się nadawał na takie stanowisko (a nawet ma papiery) jest zajęty pracą w sklepie komputerowym, zarządzaniem dużą siecią, albo włamywaniem się na serwery NASA... Kto wie ile osób się marnuje?
Do tego jak i każdego innego przedmiotu potrzebny jest ktoś z powołaniem. W naszym przypadku ma to być ktoś, kto nauczy młodzież jak używać komputerów i się ich nie bać. W końcu, informatyki nie można się lękać, stworzyliśmy ją i rozwijamy dla siebie.
Niestety, jeszcze nie spotkałem nauczyciela myślącego tymi kategoriami. W zamian za to, nasz 'pajdagogos' wybiera to, co ma pod ręką, czyli znienawidzony... (tutaj drżenie) pakiet Office!
I co to dla nas oznacza? Uczniowie zamiast robić coś ciekawego są zmuszani do wałkowania aplikacji MS Office. Po roku zgłębiania tajników Word'a zabierają się za Excela, PowerPoint'a i co tam jeszcze Microsoft stworzył. Jakie są tego konsekwencje? Dana osoba opuszczając szkołę jest w stanie obudzona w środku nocy podać funkcję Excela wykonującą jakieś zadanie albo wytłumaczyć jak rozwiązywać problemy Word'a ale nie ma zielonego pojęcia z czego się składa jednostka centralna komputera .
Czy ja wyolbrzymiam? Nie. Uwierzcie, chciałbym, żeby to był dowcip ale taka jest rzeczywistość. Niedawno kolega opowiedział mi o przygotowaniach do olimpiady informatycznej w jego szkole. Kiedy przytoczył jedno z pytań znalazłem się jedną nogą w zaświatach. Pytanie: jeżeli procesor ma taktowanie X MHz przy FSB Y MHz to ile wynosi mnożnik? Żałosne? Nie, nie wiecie jeszcze najlepszego. Cała ta 'olimpiada' przygotowawcza (chyba paraolimpiada) odbywała się na zasadzie testu wyboru...
Na Jowisza!
Różne stopnie wtajemniczenia
Sam temat nauczania jest tutaj bardziej złożony niż 'ten tutaj naucza źle' i kropka. Problem polega na tym, że nie wszyscy uczniowie mogą tak od razu zająć się rozkręcaniem i skręcaniem kompa. Nie zapominajmy, że w Polsce większość ludzi żyje na wsi, gdzie komputer kojarzy się bardziej z lotami na księżyc niż narzędziem codziennej pracy. Wiele osób musi być nauczanych od zera: co to jest komputer, do czego służy i jak się go uruchamia/zamyka. Wówczas wymieniony wcześniej problem Office'a nagle nabiera sensu.
Skład klas jest pod względem zaawansowania w arkanach informatycznych bardzo różny. Zdarza się, że kompletni nowicjusze są wymieszani z wyedukowanymi pasjonatami. Z jednej strony to dobrze. Bardziej 'naumiani' uczniowie nauczają słabszych, dzięki czemu nauczyciel ma więcej czasu dla każdego ucznia z osobna. Młodzież uczy się od siebie nawzajem, co może bardzo pomóc nauczycielowi.
Naczelny Win szepcze, że swego czasu zastępował swojego psora od informatyki. A nie mówiłem?
Jest też druga strona medalu: nikt nie będzie do końca zadowolony. Albo będzie tak, że entuzjaści zaczną się nudzić, albo cała reszta niczego nie będzie kapować. Podział lekcji na grupy dla bardziej i mniej zaawansowanych też nie zawsze jest możliwy, to juz zależy od szkoły.
Summa Sumarum
Jak widać, edukacja informatyki to problem złożony. Nie wolno go jednak ignorować. W wielu przypadkach szkoły produkują osoby, które pod względem informatycznym są 'inteligentne inaczej'. Bywa gorzej. Szkoły zamiast pokazywać ogrom możliwości jakie daje technologia, uczą nienawiści do komputerów i lęku przed nimi wciskając na siłę oklepane do bólu aplikacje takie jak Word, Excel lub Logo Komeniusz (Nie! Ja nie chcę żółwi! Nieeee.....). PaintBrush jeszcze ujdzie w tłoku, przynajmniej tam można coś 'ładnego' narysować.
Czy moje słowa coś zmieniają? Chyba nie. Jeżeli macie sensownego nauczyciela informatyki, to możecie z nim pogadać o sposobach ulepszenia lekcji, jeżeli nie... to lepiej nie zaczynać tematu.
Pośród wielu przedmiotów w szkole, tych mniej lub bardziej lubianych są chyba dwa najbardziej kontrowersyjne. Jeden ma dużo wspólnego ze słowem 'sutanna' a drugi to... informatyka. Poczciwa 'Infa' dumnie nazywana w szkolnych regulaminach i planach zajęć 'Nauką technologii informatycznej' często odbiega od podstawowych założeń. Jak jest z tą informatyką?
Nauka informatyki ma wybitnie dualistyczny charakter, podobnie jak WF i nauki przyrodnicze. O ile na np. Polskim wystarczy to co masz w głowie i książce, o tyle na informatyce ważny jest też sprzęt. Z tego powodu pozwolę sobie rozparzyć te składowe osobno...
Technologiczny oldschool
Informatyka ma charakter typowych zajęć praktycznych, czyli 'Patrz co robi nauczyciel i spróbuj powtarzać'. I byłoby wszystko jak w komedii romantycznej, gdyby nie to, że komputery będące na wyposażeniu wielu szkolnych pracowni to w oczach współczesnej informatyki kalkulatory... Celowo nie używam terminu 'liczydła', bo nie wierzę, że jest aż tak źle.
Wiem, wiem. Łatwo się mówi. Kupno 'dobrego' (pojęcie względne) sprzętu to niemały wydatek, gdyż cenę jednego zestawu musimy mnożyć przez ilość stanowisk. Do tego przydałby się jeszcze jakiś serwer, switch i inny sprzęt sieciowy, żeby komputery miały połączenie z Internetem. Kiedy to wszystko dodamy do kupy okazuje się, że koszt liczyć możemy w dziesiątkach tysięcy złotych a to juz nie są przelewki, większości szkół na to po prostu nie stać. Oczywiście, mogą liczyć na dotacje, programy pomocy, ale bądźmy szczerzy: to nie rozwiązuje problemu w skali kraju.
Nie wymagam, żeby komputery w szkolnych pracowniach mogły odpalać F.E.A.R. w pełnej szczegółowości i maksymalnej rozdzielczości bez zająknięcia, ale... na czymś trzeba pracować.
Nie mam pretensji do szkół, że komputery w pracowniach informatycznych są pełne sprzętu pokroju Rivy TNT i najtańszych płyt ECS'a. Rozumiem, że ciężko załatwić coś lepszego, ale to nie rozgrzesza nauczycieli informatyki w 100%. Argumenty w stylu 'te komputery są na to za słabe' nie załatwiają sprawy. Przecież sprzęt można dostać z drugiej ręki, można coś ulepszać, powoli dokupywać a nawet pokusić się o skromne OC (do tego akurat przydałby się lepszy sprzęt, więc ta opcja zazwyczaj odpada).
Nawet duże problemy ze sprzętem nie są nie do ominięcia. Jeżeli dany PC ma za małe możliwości by uruchamiać na nim np. program do edycji filmów, to trzeba szukać dalej, a nie poddawać się. W Sieci są różne ciekawe programy, o śmiesznych wymaganiach sprzętowych. Kto wie? Może, któryś z nich okaże się wart uwagi?
Pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Jeżeli na jakieś narzekania nauczyciel odpowie: 'Przykro mi, ale oprogramowanie też kosztuje i musieliśmy dobrać tańsze części' to będzie miał rację, połowiczną. Doceniam to, że przy kupnie sprzętu planowane są pieniądze na towarzyszący mu legalny soft, ale to nie oznacza, że trzeba kupować od razu wszystko. Tak na prawdę jedynym softem niezbędnym do pracy komputera jest system operacyjny. Cała reszta oprogramowania jest, albo zintegrowana z systemem, albo można ją za darmo ściągnąć z Sieci. Niestety, wielu nauczycieli zapomina, że istnieje coś takiego jak 'freeware'. Wiele komercyjnych programów ma swoje darmowe zamienniki, które działają tak samo dobrze (a może i nawet lepiej). A co byście powiedzieli na mały eksperyment z jakąś dystrybucją Linux'a? Przyznam, że chętnie bym się czegoś takiego nauczył (lub chociaż spróbował).
Informatyczna scholastyka
Oczywiście, sprzęt to dopiero połowa stanowiąca lekcję informatyki. Oprócz wyposażenia, potrzebny jest ktoś, kto nauczy ukochaną latorośl jak tych cudów (a czasem cudaków) techniki używać. Rzecz jasna mam tu na myśli nauczyciela, czyli kogoś, kto (jak sama nazwa wskazuje) ma edukować. Z tym może być problem jeszcze gorszy niż ze sprzętem. Dlaczego? Podzespoły komputerowe to rzeczy martwe, które można nabyć jeżeli tylko ma się na to pieniądze, zaś dobry nauczyciel to rzecz bezcenna i ta zasada tyczy się nie tylko informatyki ale edukacji i życia w ogóle.
Niestety, ale nie spotkałem jeszcze w życiu na nauczyciela informatyki, z prawdziwego zdarzenia. Owszem, trafiła się bodajże jedna osoba z dobrymi chęciami, ale doskonale wiemy, co jest nimi wybrukowane...
Czasami mam wrażenie, że dobrzy nauczyciele informatyki, albo nie istnieją, albo są wszędzie tylko nie w szkołach. Może ktoś, kto by się nadawał na takie stanowisko (a nawet ma papiery) jest zajęty pracą w sklepie komputerowym, zarządzaniem dużą siecią, albo włamywaniem się na serwery NASA... Kto wie ile osób się marnuje?
Do tego jak i każdego innego przedmiotu potrzebny jest ktoś z powołaniem. W naszym przypadku ma to być ktoś, kto nauczy młodzież jak używać komputerów i się ich nie bać. W końcu, informatyki nie można się lękać, stworzyliśmy ją i rozwijamy dla siebie.
Niestety, jeszcze nie spotkałem nauczyciela myślącego tymi kategoriami. W zamian za to, nasz 'pajdagogos' wybiera to, co ma pod ręką, czyli znienawidzony... (tutaj drżenie) pakiet Office!
I co to dla nas oznacza? Uczniowie zamiast robić coś ciekawego są zmuszani do wałkowania aplikacji MS Office. Po roku zgłębiania tajników Word'a zabierają się za Excela, PowerPoint'a i co tam jeszcze Microsoft stworzył. Jakie są tego konsekwencje? Dana osoba opuszczając szkołę jest w stanie obudzona w środku nocy podać funkcję Excela wykonującą jakieś zadanie albo wytłumaczyć jak rozwiązywać problemy Word'a ale nie ma zielonego pojęcia z czego się składa jednostka centralna komputera .
Czy ja wyolbrzymiam? Nie. Uwierzcie, chciałbym, żeby to był dowcip ale taka jest rzeczywistość. Niedawno kolega opowiedział mi o przygotowaniach do olimpiady informatycznej w jego szkole. Kiedy przytoczył jedno z pytań znalazłem się jedną nogą w zaświatach. Pytanie: jeżeli procesor ma taktowanie X MHz przy FSB Y MHz to ile wynosi mnożnik? Żałosne? Nie, nie wiecie jeszcze najlepszego. Cała ta 'olimpiada' przygotowawcza (chyba paraolimpiada) odbywała się na zasadzie testu wyboru...
Na Jowisza!
Różne stopnie wtajemniczenia
Sam temat nauczania jest tutaj bardziej złożony niż 'ten tutaj naucza źle' i kropka. Problem polega na tym, że nie wszyscy uczniowie mogą tak od razu zająć się rozkręcaniem i skręcaniem kompa. Nie zapominajmy, że w Polsce większość ludzi żyje na wsi, gdzie komputer kojarzy się bardziej z lotami na księżyc niż narzędziem codziennej pracy. Wiele osób musi być nauczanych od zera: co to jest komputer, do czego służy i jak się go uruchamia/zamyka. Wówczas wymieniony wcześniej problem Office'a nagle nabiera sensu.
Skład klas jest pod względem zaawansowania w arkanach informatycznych bardzo różny. Zdarza się, że kompletni nowicjusze są wymieszani z wyedukowanymi pasjonatami. Z jednej strony to dobrze. Bardziej 'naumiani' uczniowie nauczają słabszych, dzięki czemu nauczyciel ma więcej czasu dla każdego ucznia z osobna. Młodzież uczy się od siebie nawzajem, co może bardzo pomóc nauczycielowi.
Naczelny Win szepcze, że swego czasu zastępował swojego psora od informatyki. A nie mówiłem?
Jest też druga strona medalu: nikt nie będzie do końca zadowolony. Albo będzie tak, że entuzjaści zaczną się nudzić, albo cała reszta niczego nie będzie kapować. Podział lekcji na grupy dla bardziej i mniej zaawansowanych też nie zawsze jest możliwy, to juz zależy od szkoły.
Summa Sumarum
Jak widać, edukacja informatyki to problem złożony. Nie wolno go jednak ignorować. W wielu przypadkach szkoły produkują osoby, które pod względem informatycznym są 'inteligentne inaczej'. Bywa gorzej. Szkoły zamiast pokazywać ogrom możliwości jakie daje technologia, uczą nienawiści do komputerów i lęku przed nimi wciskając na siłę oklepane do bólu aplikacje takie jak Word, Excel lub Logo Komeniusz (Nie! Ja nie chcę żółwi! Nieeee.....). PaintBrush jeszcze ujdzie w tłoku, przynajmniej tam można coś 'ładnego' narysować.
Czy moje słowa coś zmieniają? Chyba nie. Jeżeli macie sensownego nauczyciela informatyki, to możecie z nim pogadać o sposobach ulepszenia lekcji, jeżeli nie... to lepiej nie zaczynać tematu.
Źródło: night-modders
2009-10-22 15:27:44


